Dwie Albanie

Konkurują ze sobą od zawsze. Jedni patrzą z góry na drugich. Gegowie i Toskowie- dwie główne albańskie grupy etniczne. Dwie twarze jednego narodu.

W 1997 roku, po upadku piramid finansowych, rozpad Albanii był scenariuszem, którego obawiała się Europa. Chaos zawładnął krajem przypominając o starym podziale wśród Albańczyków. Granica przebiega mniej więcej przez środek kraju – wzdłuż rzeki Szkumbini. Na południe od niej mieszkają Toskowie, na północ – Gegowie. To główna granica kulturowa kraju, która przez wieki odgradzała grupy różniące się nie tylko dialektem, ale też obyczajami, stylem życia, a rzekomo nawet wyglądem.

Zrzut ekranu 2015-01-18 (godz. 19.44.58)

Światowi komuniści

Południe Albanii było zawsze łatwiej dostępne dla przybyszów i pozostawało pod silnym wpływem Grecji, a potem Imperium Osmańskiego. To tutaj mieszkają albańscy wyznawcy prawosławia, a muzyka ludowa przypomina helleńską. Tosków uważa się za bardziej otwartych, kosmopolitycznych i postępowych. Na Południu urodził się Enver Hodża i stąd rekrutowała się większość członków komunistycznego reżimu. Z drugiej jednak strony właśnie w stolicy Toskerii, Wlore (Vlorë), ogłoszono niepodległość Albanii w 1912, tam urodził się jej ojciec-założyciel, Ismail Qemali. Toskowie jeszcze w średniowieczu porzucili organizację plemienną i przyjęli feudalne formy relacji społecznych. W okresach kryzysów i biedy podejmowali decyzje o emigracji dając początek większości albańskiej diaspory – zwłaszcza tej w USA i Włoszech. Tutaj władza turecka była lepiej zakorzeniona.

Konserwatywni górale

Gegowie to pod wieloma względami przeciwieństwo Tosków. Jeszcze w XX wieku, w odległych górskich rejonach ich styl życia opierał się na organizacji plemiennej, której głównym regulatorem był słynny Kanun, kodeks prawa zwyczajowego, mający priorytet nad wszelkimi innymi, państwowymi czy religijnymi, przepisami. Północ była zawsze uboższa i bardziej konserwatywna. Turcji nigdy nie udało się roztoczyć nad nią pełnej kontroli, choć zaciągała stąd chętnie żołnierzy do swojej armii. W przedwojennej historii Albanii szalę przewagi na stronę Gegów przechylił Ahmed Zogu, potem król Zogu I, urodzony w północnej twierdzy Burgajet W Szkodrze, największym mieście regionu, rozpoczęły się w 1990 roku demonstracje, które oznaczały początek końca komunizmu w Albanii.

Państwo Gegów

Gdy Kosowo ogłaszało niepodległość Serbowie ostrzegali, że to tylko etap na drodze do stworzenia Wielkiej Albanii. Wielu obserwatorów burzliwej bałkańskiej polityki zastanawiało się na ile różnią się Kosowarzy od Albańczyków. Mimo długoletniego odseparowanie obu grup, główną granicą dzielącą naród jest ciągle ta na rzece Szkumbini. Mimo sporej odrębności między Albanią a Kosowem, jego mieszkańcy należą do Gegów i posługują się ich dialektem. Podobno mają czasami problem ze zrozumieniem rodaków z dalekiego Południa. Zresztą dialektów jest znacznie więcej, bo Toskowie i Gegowie dzielą się na wiele mniejszych grup etnicznych.

Wybory parlamentarne 2013. niebieski - Partia Demokratyczna czerwony - Partia Socjalistyczna

Wybory parlamentarne 2013.
niebieski – Partia Demokratyczna
czerwony – Partia Socjalistyczna

Wybory parlamentarne 2013 - poparcie dla Partii Demokratycznej (prawica)

Wybory parlamentarne 2013 – poparcie dla Partii Demokratycznej (prawica)

Wybory parlamentarne 2013 - poparcie dla Partii Socjalistycznej

Wybory parlamentarne 2013 – poparcie dla Partii Socjalistycznej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czerwone i czarne

Odwieczny podział trwa do dziś i daje o sobie znać na wiele sposobów. Prawicowa Partia Demokratyczna, z której wywodzi się Sali Berisha ma swój żelazny elektorat na Północy Albanii, Partia Socjalistyczna – na Południu. Analiza wyników każdych wyborów potwierdza, że różnica w postrzeganiu świata trwa, a Albańczykom daleko do realizacji wizji homogenicznego narodu. Jedni patrzą trochę z góry na drugich, a władza musi dbać o zachowanie pewnej równowagi. Podobno tylko Tirana nie należy do nikogo i jest terenem prawdziwie wspólnym.

Albański ludowy śpiew izopolifoniczny również ma dwie odmiany
Reklamy
| Dodaj komentarz

Bośniacki Ikar

O kilkusetletniej, mostarskiej tradycji skoków ze starego mostu do Neretwy piszę w tekście: „Bośniacki Ikar”. A tutaj galeria moich zdjęć z podróży do Mostaru.

"Ikar" na chwilę przed skokiem do Neretwy, Mostar, październik 2008

Opublikowano tradycja i kultura ludowa | Dodaj komentarz

Babcia performance’u

Prawdziwa rzeczywistość” (true reality) – to motto prac Mariny Abramović, serbskiej artystki nazywającej siebie „babcią performance’u”. Praktyka tego hasła to sztuka odgrywana ciałem i na ciele, zapominająca o jego ograniczeniach. To cięcie nożem, nakłuwanie, wystawianie się na śmiertelne niebezpieczeństwo. To mięso, krew, ogień, łzy, wymioty. Cel? Może chodzi o traumę i szok?Może o wzmocnienie znaczenia przekazywanej treści. A może sam stajesz się częścią spektaklu, który cię porusza?

Spluwa przy głowie

30 listopada Marina obchodziła 64 urodziny. I chociaż określa siebie jako „babcię” ma wyraźnie świadomość, że jest raczej „królową-matką” performance’u. Karierę zaczynała w Belgradzie w późnych, rewolucyjnych latach 60. W następnej dekadzie zasłynęła wybitnymi akcjami. W czasie jednej z nich pozwoliła przychodzącym do galerii ludziom dokonywać z jej ciałem czego zapragną. Leżała bezbronna, a obok niej noże, pistolety, brzytwy, prezerwatywy. Wówczas ktoś przyłożył jej broń do skroni manifestując nieprzewidywalność swojej władzy. Jakiś mężczyzna ciężko nad nią dyszał, jakby odbywał stosunek. Abramović do dziś nosi na ciele blizny po tamtym performansie.

Jugosłowianka

W drugiej połowie lat 70 wyjechała do Holandii. Nie ze względów politycznych. Z miłości. Dzisiaj w wywiadach przypomina, że Jugosławia Tity dawała jej możliwość wolnego podróżowania i nie stwarzała poważnych przeszkód dla tworzenia. Z każdym rokiem Marina stawała się w coraz większym stopniu gwiazdą i obrastała legendą. Jednak dopiero w latach 90 w głębszy sposób zaczęła czerpać w swojej sztuce z bałkańskich doświadczeń i swojej tożsamości. No właśnie – jakiej tożsamości? Serbskiej? A może czarnogórskiej (jej rodzice pochodzili z tej republiki)? – Gdy ludzie pytają skąd jestem nigdy nie odpowiadam, że z Serbii. Zawsze mówię, że pochodzę z kraju, który już nie istnieje – mówi Marina.

Usta Tomasa, lata 70.

Jugosławia stworzyła Abramović. Stałym motywem przewijającym się przez jej twórczość jest gwiazda. Tę najsłynniejszą wycięła sobie na brzuchu w latach 70, jako część performance’u „Usta Tomasa”. Z krwawiącą komunistyczną gwiazdą leżała wówczas 30 minut na bryle lodu ułożonej w znak krzyża. Bo jej naród nie był wyłącznie przedmiotem komunistycznej polityki, ale także przedmiotem religijnej władzy prawosławia. Stryjeczny dziadek Mariny był patriarchą prawosławnym, ogłoszonym po śmierci świętym. Rodzice natomiast walczyli u boku Tity, dzięki czemu zdobyli w socjalistycznej Jugosławii prominentne pozycje w aparacie władzy. Artystka wyrosła więc w cieniu dwóch wielkich ideologii. W swoim performansie „Usta Tomasa” przekazała ich ciężar, będąc w nim jednak zarówno ofiarą, jak i katem. Sama tak o tym mówi: „Byłam zawsze obsesyjna, nawet jako dziecko. Po jednej stronie jest restrykcyjny kościół prawosławny, po drugiej komunizm, pośrodku ja, mała dziewczynka wciśnięta między oba. To mnie czyni tym, kim jestem. To czyni mnie osobą, z którą Freud miałby ręce pełne roboty.”

Barok Bałkański

W latach 90. Abramović podjęła temat tragicznych wydarzeń na Bałkanach. W nagrodzonym na biennale w Wenecji performansie „Balkan Baroque” odniosła się do wojny. Siedziała wówczas w mrocznym pokoju pełnym krowich kości i oczyszczając je z resztek mięsa śpiewała bałkańskie piosenki. Na ekranach w tle wyświetlane były portrety jej rodziców i film o tym „jak na Bałkanach zabijamy szczury” (poniżej). Abramović opowiadała w nim monotonnym głosem, jak istotę stadną i społeczną zmienić w śmiertelne, przerażone zwierzę. Wraz ze stertą kości dookoła i tragicznymi wiadomościami z kolejnych wojen w Jugosławii film wywierał na widzach piorunujące wrażenie.

Balkan Baroque, Wenecja 1997

Do przeszłości swojego ojca i rozpadu ojczyzny Marina nawiązała w 2001 roku tworząc krótki film „The Hero”. Nagranie przedstawia autorkę na białym koniu (na jakim walczył jej ojciec w czasie II wojny światowej) nucącą patetyczny hymn Jugosławii i dzierżącą wielką białą flagę. Film ten stanowić może sugestywne post-scriptum dla wzniosłego marzenia o budowie ojczyzny południowych Słowian, jakie przyświecało rodzicom Abramović.

The Hero, 2001

Szeroko komentowanym i nagradzanym projektem artystki był zrealizowany w 2005 roku „Balkan Erotic Epic”. Jest to opowieść o pierwotnym postrzeganiu płci, wspólnocie seksualności i natury. Komentując przedsięwzięcie Abramović zauważyła, że poprzez erotykę człowiek próbuje uczynić się równym bogom. Na Bałkanach szczególnie wyraźne jest w folklorze podkreślanie płodności jako siły pochodzącej z innego świata, nadludzkiej. Jednakże w kontekście współczesnych Bałkanów trudno nie dostrzec w serii filmów „Balkan Erotic Epic” krytyki rzeczywistości politycznej tej części Europy, fetyszyzacji narodu i terytorium, mitu świętości etnosu i zamieszkiwanej przez niego ziemi.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Bałkany a Lady Gaga

Sztuka Mariny Abramović to przede wszystkim jednak uniwersalne znaczenia i przekazy. One dały jej sławę. W czasie ubiegłorocznego ponad dwumiesięcznego performance’u „The Artist is Present” kolejki liczące tysiące ludzi ustawiały się w MOMA w Nowym Jorku by móc w milczeniu spojrzeć w oczy Abramović. Wśród tych, którzy się zjawili byli Bjork, Sharone Stone i Isabella Rosellini. Przyszła również zachwycona Mariną Lady Gaga. A to dlatego, że między innymi dzięki tej Jugosłowiance, po 40 latach jej pracy, pop kultura zachwyca się dziś performansem, przekraczaniem granic, jakimi obwarowała ciało kultura. W 64 urodziny Mariny właściwie nie można jej już życzyć większego sukcesu w świecie sztuki i mediów. Jest z pewnością najsłynniejszym artystycznym nazwiskiem Bałkanów.

Opublikowano sztuka | Otagowano , , , , | 3 Komentarze

Ona, on i islam

Muzyka to grzech, kobiecy głos to grzech, co jeszcze jest grzechem?!” – krzyczy bohaterka nowego filmu Jasmili Žbanić. To dramatyczne pytanie współczesnej Europejki zadane religijnym radykałom.

W lutym tego roku policja bośniacka zrobiła nalot na niewielką wioskę Gornja Maoca. Zamieszkują ją wahhabici – wyznawcy radykalnego nurtu islamu, słynni z wyjątkowo złego traktowania kobiet. W wiosce nie było telewizji ani telefonów komórkowych, za to w czasie jej przeszukiwania policja znalazła duże ilości broni. Od dłuższego czasu mieszkańców Gornjej Maocy podejrzewano o planowanie działań terrorystycznych. Być może właśnie ta wioska była pierwowzorem Jablanicy – osady wahhabitów przedstawionej w „Jej drodze”. Ale po kolei…

W początkowej scenie główna bohaterka, Luna, ogląda swoje ciało przez telefon komórkowy. Widz zostaje zaproszony zbliżeniem kamery w jej mikrokosmos, sferę intymną. I w niej już pozostanie do końca filmu. A więc „Jej droga”, podobnie jak „Grbavica”, jest obrazem świata kobiet. W obu filmach w dużym zbliżeniu oglądamy emocje bohaterek. Podpatrujemy rzeczywistość, w której żyją.

Luna jest stewardessą i wraz z partnerem, Amarem, stara się o dziecko. Należą do dobrze sytuowanej, wykształconej części młodego, bośniackiego pokolenia. Są świetnie dobraną parą. Za obojgiem kryje się dramatyczna historia wojenna: ona straciła w czasie czystek etnicznych rodziców, on był „bohaterem wojennym”. Być może pozostałością traumy są jego problemy z alkoholem. Urastają one do tak poważnego stanu, że przełożeni zawieszają Amara w pracy. Chłopak Luny musi szukać nowego źródła zarobku. Pomaga mu w tym kolega z oddziału, w którym walczył w czasie wojny, gorliwy wahhabita. Tą drogą Amar zostaje powoli wciągnięty w religijną atmosferę radykalnych islamistów, co nieuchronnie prowadzić do napięcia i konfliktu w jego związku z Luną. Starcie światopoglądów między partnerami nabiera cech tragicznego konfliktu – i to z perspektywy obojga.

Wizja życia wahhabitów jest poruszająca: niemal zupełna separacja płci, pełne podporządkowanie kobiet, a wszystko w atmosferze oddzielenia od reszty społeczeństwa i sekciarskiego zamknięcia. Wewnątrz wspólnoty nie przestrzega się praw państwowych, a jedynie religijne. Jej członkowie mają ograniczony kontakt ze światem. Nie jest to jednak w pełni jednoznaczny obraz. Przecież coś pociąga Amara w wahhabizmie. Prawdopodobnie to, co jest kuszące w każdej religii: określony cel życia, sens, jasne zasady, uczestnictwo w grupie. Uderzające jest pewne estetyczne zaspokojenie jakie znaleźć można w rytualnych śpiewach, modlitwach i kontakcie z naturą, w jakim żyje wahhabicka wspólnota z filmowej Jablanicy. Sarejewo, ze swoimi problemami bezrobocia, niskiego standardu życia i pewnego chaosu, nie potrafi zaspokoić wszystkich podstawowych, ludzkich potrzeb.

Tak więc w miarę rozwoju fabuły systematycznie narasta napięcie. Co raz więcej jest kontrastów: między wahhabickimi muzułmankami a stylem życia kobiet w Sarajewie, między islamem bośniackim (toleracyjnym, w dużej mierze świeckim i zindywidualizowanym) a radykalnym nurtem bliskowschodniego pochodzenia. W końcu między Amarem a Luną. Miłość zostaje wystawiona na próbę i rzuca wyzwanie wolności.

Niestety, świetnie budowane napięcie w drugiej połowie filmu zostaje zawieszone i gdzieś opada, bez oczekiwanego rozwiązania. Wzburzenie gdzieś się rozmywa. Prawdopodobnie w braku pomysłu na zakończenie. Kompozycja jest niedopracowana: realizm tematu i dobre aktorstwo nie zastąpią niedociągnięć koncepcyjnych. Być może film można było zakończyć nieco wcześniej i postarać się o bardziej dosadny, zamykający finał.

Co ujmuje w „Jej drodze”, to pięknie zobrazowana bliskość kobiet (przejmujące sceny Luny z babcią) i umiejętne ukazanie splotu przeszłości z teraźniejszością, historycznego kontekstu wpływającego na dzisiejszą bośniacką rzeczywistość.

Jej droga (Na putu); reżyseria: Jasmila Žbanić; scenariusz: Jasmila Žbanić; występują: Zrinka Cvitesic, Leon Lucev, Ermin Bravo; Bośnia i Hercegowina 2010; Dystrybucja w Polsce: AP Mañana

Poruszająca chwila, gdy Luna odwiedza dom dzieciństwa, który musiała porzucić w czasie wojny i gdzie zginęli jej rodzice, uświadamia, że bliskich możemy stracić nie tylko przez śmierć. Także przez mentalne opuszczenie, opuszczenie wywołane ideologią-religią. Amar staje się Lunie obcy. Nie jest już tym, jakim go pokochała. Gdy dziewczyna zachodzi w ciążę partnerzy stają przed dramatycznym wyborem. Przecież Luna tak długo miała nadzieję, że dziecko zwiąże ich ostatecznie.

Radykalne wspólnoty muzułmanów, jak ta z Gorniej Maocy i filmowej Jablanicy, traktowane są w Bośni podejrzliwie i z niechęcią. Stają się problemem dla społeczeństwa i państwa. Žbanić skupia się jednak na wymiarze jednostkowym tego zagadnienia. Okazuje się, że w tym ujęciu jest ono bardzo uniwersalne – religia może zagrażać głębokim więziom między ludźmi.

Opublikowano film | Dodaj komentarz

Sadomasochizm przez kulturę

Ivan Čolović "Bałkany – terror kultury" przełożyła Magdalena Petryńska Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007

Brawurowo i błyskotliwie napisane eseje Čolovicia dekonstruują nacjonalistyczne mity serbskie, demaskują polityczne wyrachowanie stojące za populistyczną retoryką i unaoczniają, w jakim kierunku potrafi pójść skażona resentymentem inteligencja i społeczeństwo przekonane o swojej wyjątkowości i jednocześnie krzywdzie. Co najbardziej uderzające w ich lekturze, to uniwersalność pewnych figur i dyskursów w języku kultury i polityki, które potrafią wspólnie, gorliwie terroryzować społeczeństwo wizjami narodowej wielkości, konieczności nieodzownych wyborów i misjami jakie stoją przed „ludem wybranym”. Rozważania Čolovicia przywołują obrazy ze znajomego podwórka i piorunują przenikliwością wniosków – aktualnych nie tylko na Bałkanach.

Wygląda na to, że zdezorientowane po upadku Jugosławii społeczeństwo serbskie, oskarżane o ludobójstwo i imperializm, pozbawione obowiązujących wcześniej „baśni” (czy opowieści) – jak pisze Čolović – o jednym południowo słowiańskim narodzie, o wodzu Tito i komunistycznym braterstwie, uciekło w kulturę. Kulturę zamknięcia, kulturę hermetyczną. Problem jednak w tym, że nowo powstałe na gruzach Jugosławii państwa niewiele różniły się językami i tradycją. Autor zauważa: „nacjonaliści chcieliby ze wszystkich wariantów i niuansów jednego wzorca kulturowego ustanowić odrębne kultury, na przykład wspólną spuściznę Serbów, Chorwatów i Muzułmanów przerobić na osobne kultury narodowe”. Szukanie różnic w gmatwaninie wspólnego dorobku doprowadziło do konfliktów zrodzonych z „narcyzmu małych różnic” i „wymyślania tradycji” w takiej formie, „by najbardziej różniły się od tradycji narodów sąsiednich”. Skoro Inny jest tak podobny trzeba naszą kulturę oczyścić do tego stopnia, by móc ją odróżnić od jego kultury. Należy dokopać się do „czystego” języka i autentycznych wartości (lub wręcz je wymyślić), a tego – tak podobnego Innego – zdezawuować, wykazać jego barbarzyństwo. Trzeba wyznaczyć nieprzekraczalne (czyli takie, których przekraczać nie wolno) tożsamosciowe granice między narodami, wystrzegać się zdrady i dogrzebać do tajemnej esencji serbskości. Esencja ta jednak, ze swej istoty, jest nieuchwytna, skryta. Może jedynie dać lekkie przeczucie swej boskości przez dzieła twórców sztuki, a zwłaszcza poetów.

W ten sposób resentyment i polityka wyznaczają kulturze specyficzne cele i przeznaczenie, którym artystom nie wolno się sprzeniewierzyć. Nie wolno się im sprzeniewierzyć także szarym ludziom. Nacjonalistyczna kultura piętnuje bowiem wewnętrznych szpiegów, zdrajców, tych którzy zaprzedali się pozbawionej wartości i autentyzmu relatywistycznej postawie multikulturalizmu. Jednocześnie, zamykając się, nacjonalistyczna kultura odcina sobie dostęp do wymiany doświadczeń ze światem zewnętrznym. Bo Inny jest bezwartościowy, barbarzyński i nie warty uwagi. W tak określonych wąskich ramach tego co czyste i prawdziwie narodowe, w zamknięciu wobec zagranicy, wiele jednostek i grup czuć się musi jak w pułapce. To jest właśnie terror kultury.

Čolović wylicza symbole znaczące terytorium „przestrzeni duchowej” narodu, mające nierzadko charakter represyjny, wykluczający mniejszości i mający manifestować innym grupom etnicznym przynależność danego terenu. Stawiane są groby-mauzolea poetów (Dučicia w Trebinju w Hercegowinie), święcone „opiekuńcze” wizerunki Matki Bożej, którym winien się oddać „w obronę” każdy Serb (w jednym z esejów członkowie towarzystwa pisarzy). Przy tym język sakralny zostaje rozciągnięty ze sfery religii na sferę polityki i kwestii narodowej, co je „uświęca” i nadaje niemalże transcendentne znaczenie. Towarzyszy temu postrzeganie własnej nacji jako wybranej, poświęcającej się dla innych i stojącej na straży „prawdziwych” wartości. Te wyznawane przez inne społeczeństwa są albo barbarzyńskie (muzułmańska kultura dla serbskich nacjonalistów) albo zdegenerowane (zachodnia ideologia wobec „wiernej tradycji” serbskiej kultury). A więc lęk, poczucie krzywdy (po bombardowaniach NATO, czy haskich listach gończych za „bohaterami wojennymi”) doprowadziły do odgrodzenia, zaprzeczania oskarżeniom, zamknięcia na Innego, samouwielbienia. W końcu jednak postawa taka musi przynieść stagnację i wewnętrzne obszary wykluczenia – bo przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie przystawał do wzorca „prawdziwego” Serba, ale też Chorwata, czy Muzułmanina.

Aż zanadto w tych esejach myśli, które uderzają aktualnością wobec polskiego kontekstu walki o symbole i skrytą prawdę o istocie narodu. Ale to już temat na odrębny tekst….

Opublikowano literatura - recenzje | 1 komentarz